Jest w nim coś niepokojącego i mętnego, czego nie potrafię nazwać. Różowy, chłodny kamień, misternie wpleciony w pasma starego, pociemniałego złota. Nie dostałam go od niej – trafił w moje ręce dopiero po jej śmierci, jako milczący podarunek od dziadka. Kiedy teraz patrzę, jak ten obcy kształt dostojnie i ciężko spoczywa na moim palcu, czuję dziwny zawrót głowy. Ten pierścionek niesie w sobie cudzą historię, która bezczelnie i bez mojej zgody staje się moją własną. Przez długie miesiące szkatułka z różowym oczkiem po prostu stała na ciężkim kredensie, stając się kolejną martwą ozdobą. Nie nosiłam go. Było w tym przedmiocie coś tak natarczywego, że w rwanym rytmie codziennych obowiązków za bardzo zaprzątał mi głowę, jakby domagał się uwagi, na którą nie miałam czasu. Dopiero w niespieszne, niedzielne popołudnia zaczęłam drążyć to milczenie. Dlaczego ta biżuteria nigdy nie ogrzała palca mojej babci? Przecież nie wspominała o nim ani słowem – zresztą, ona w ogóle mało m...
Bo któż zrozumie kobietę lepiej niż inna kobieta?